PKU

Wszystko od nowa…

19 maja 2020

Wszystko od nowa, czyli powrót do diety

Człowiek szybko przyzwyczaja się do wygody. Fajnie jest chodzić do sklepu i wybierać to na co masz ochotę. Imprezować u rodziny lub u znajomych, gdzie stół obficie jest zastawiony w najróżniejsze pyszności. Z czasem zapomniałam o diecie. Jadłam wszystko. Aż mi głupio o tym pisać, ale tak właśnie było…

Najtrudniejszy był początek kiedy wszystko tak kusiło i zachęcało do skosztowania, choćby jeden mały gryz, aby uciszyć to pragnienie. Wyobraź sobie taką sytuację: mój mąż je idealnie ściętą jajecznicę na aromatycznym boczku, a ja muszę zadowolić się kanapką z ogórkiem… Ten żal i ta przysłowiowa cieknąca ślinka… Czułam się jakbym była na detoksie i słusznie, bo tak można było to nazwać, ale nadszedł czas, żeby przypomnieć sobie, że nie jestem taka jak inni i zacząć myśleć o swoim zdrowiu. Dlatego na początku odstawiłam całkowicie wszystkie produkty z dużą zawartością białka. Zdałam sobie sprawę jak dużo go było w moim jadłospisie. Zaczęłam od nowa pić preparat, jeść więcej warzyw i owoców. W lodówce zrobiło się tak jakoś bardziej kolorowo. Próbowałam przyrządzać sobie potrawy, które kiedyś robiła dla mnie mama. I wiesz co? Dania warzywne są naprawdę smaczne i można je zrobić na tysiąc sposobów. Później zaczęłam kombinować i urozmaicać swoje posiłki. Czasem wychodziło pyszne, a czasem zastanawiałam się, czy to co właśnie ugotowałam jest na pewno jadalne. Największą dumę czułam, gdy odważyłam się zrobić gołąbki. Moje ukochane gołąbki, ale w wersji bardziej odpowiedniej dla mnie, czyli warzywno-ryżowe. Byłam dumna, że mi wyszły i że smakowały nie tylko mi, ale i osobom, które znały jedynie ich mięsną wersję.
Chodząc do sklepu zaczęłam zwracać uwagę na etykiety, czytałam składy i sprawdzałam zawartość białka w danym produkcie. Wcześniej tego nie robiłam. Do tej pory znajduję ciekawe rzeczy, które później trafiają na moją stałą listę zakupów. Zamiast normalnych jogurtów, kupowałam te na bazie mleka kokosowego. Do kawy używałam mleka owsianego albo migdałowego. Wyrobiłam sobie pewne nawyki. Może to drobiazgi, ale jak to mówią „ziarnko do ziarnka a zbierze się miarka”. U fenylaków jednak chodzi o to, żeby ta miarka w postaci fenyloalaniny się nie uzbierała.
Po około dwóch miesiącach takiego „białkowego detoksu” przyszedł czas na pierwsze pobranie krwi, to znaczy pierwsze od 4 lat. Bałam się, ale musiałam sprawdzić w jakim stanie jest mój organizm. I tu było spore zaskoczenie, bo poziom fenyloalaniny udało mi się zbić do 5,61 (u dorosłej osoby z PKU stężenie fenyloalaniny nie powinno przekraczać 10 mg/dl.). Żałuję, że nie wiem jakie było stężenie Phe zanim ograniczyłam spożywanie białka, ale i tak byłam szczęśliwa i czułam, że teraz wszystko jest na dobrej drodze.

Muszę stwierdzić, że o wiele lepiej się czuję. Nie miewam już tak częstych bóli głowy, potrafię się bardziej skupić, nie bywam rozdrażniona. Czuję się lekko i zdrowo. Niedozwolone „wyskoki” nadal się zdarzają, ale o wiele rzadziej. Nie liczę ile Phe jest w moich posiłkach, bo po prostu nie wiem jak, ale analizuję to co jem. Wysyłałam bibułki z krwią do analizy do laboratorium w Warszawie i każdy następny wynik był zadowalający. Z czasem zaczęło to być uciążliwe, listy szły dość długo, co wiązało się też z długim oczekiwaniem na wynik. Dlatego postanowiłam poszukać pomocy na miejscu. Znalazłam poradnię metaboliczną w Dublinie, skontaktowałam się z nimi i czekam na moją pierwszą wizytę. Niestety w dobie koronawirusa wszystko jest w stanie zawieszenia i moje oczekiwania też wydłużają się w czasie. Mam nadzieję, że niebawem sytuacja się ustabilizuje i wszystko zacznie wracać do normy. Tego nam życzę! 😉

Dzięki, że jesteś ze mną! Daj znać czy coś Cię zaciekawiło.
Mo
że masz jakieś pytania? Czekam! Do następnego!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *